Profesor Zbigniew Musiał (1936–2025): Krawiec antagonizmów, człowiek orkiestra, myśliwy i filozof
„Trudno rozstać się definitywnie z ciałem bliskiego, w tym ciele bowiem tkwi bliskość” – tymi poruszającymi słowami dr hab. Paweł Okołowski, uczeń i przyjaciel, pożegnał profesora Zbigniewa Musiała. Człowieka, którego życie rozpięte było między niewyobrażalnym tragizmem wielkiej historii a pięknem codziennych relacji; między mrokiem stalinowskiego reżimu a ciszą lasu; między surowością logiki a bezmiarem ludzkiej empatii. Kiedy odszedł 27 lutego 2025 roku, tuż przed swoimi 89. urodzinami, pozostawił po sobie pustkę, ale i struktury zagnieżdżone na stałe w duszach swoich bliskich. Był prawy, niezbędny i ze wszech miar wyjątkowy – swoisty „człowiek orkiestra”.
Naznaczony przez wojnę: Od ofiary eksperymentów do wybornego strzelca
Zbigniew Musiał urodził się 3 marca 1936 roku w Sierakowie, a jego późniejsze losy rzucały go przez Poznań i Koszalin, aż do Warszawy (gdzie osiadł w 1965 r.) i Milanówka (od 2020 r.). Pierwsze brutalne starcie z historią przeżył już jako sześcioletnie „dziecko wojny”. Niemcy wykorzystali go do okrutnych eksperymentów medycznych – z jego krwi sporządzali szczepionkę przeciwko chorobie Heinego-Medina (polio). Paradoks losu sprawił, że mały Zbigniew sam zapadł na tę chorobę, ale dzięki swojej wrodzonej sile zyskał samorodną odporność. Cena przetrwania była jednak wysoka: choroba pozostawiła w jego ciele trwały ślad. P.O. zaznacza, że po wojnie Musiał kulał, lecz ten fizyczny defekt nie złamał jego ducha. Wręcz przeciwnie – z determinacją przekuł ułomność w mistrzostwo, ucząc się wybornie strzelać, co w przyszłości ukształtowało jego najstarszą życiową pasję.
Pomiędzy radziecką estradą a gabinetami dyktatorów
Edukacyjna i życiowa droga Musiała była niezwykle kręta. P.O. przypomina, że w latach 1955–1959 przebywał w sercu sowieckiego molocha – Leningradzie, gdzie podjął studia fizyczne i filozoficzne. To tam osobiście, „od środka”, zaznał niewypowiedzianej tragedii Związku Radzieckiego. Mimo otaczającej go ponurej rzeczywistości potrafił odnaleźć w sobie duszę artysty – w tym czasie grał jako muzyk w zespole słynnej piosenkarki Edyty Piechy.
Biegła znajomość języka rosyjskiego oraz wybitna inteligencja rzuciły go po powrocie do Polski w wir wielkiej polityki komunistycznej. Został rosyjskojęzycznym tłumaczem Władysława Gomułki, obsługującym najważniejszych przywódców bloku wschodniego, włącznie z samym Leonidem Breżniewem. Jak trafnie i metaforycznie ujął to P.O., Musiał ocierał się o „Himalaje i Rowy Mariańskie” – zarówno absolutnej władzy, jak i ostatecznego upadku człowieczeństwa, obcując z „białymi i czarnymi cesarzami i papieżami” tamtych czasów. Co uderzające i rzadkie, udało mu się przejść przez to duszne i zdeprawowane środowisko suchą stopą. Chociaż w latach 1965–1981 należał do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR), czynił to z ułudną z dzisiejszej perspektywy nadzieją, że uda mu się „zrobić coś dobrego dla wszystkich”.
Cztery dekady na Uniwersytecie i filozoficzne dziedzictwo
Po powrocie z ZSRR kontynuował studia filozoficzne na Uniwersytecie Warszawskim (1960–1963) i odbył staż na Uniwersytecie Łódzkim (1962–1965). Z Instytutem Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego związał niemal całe swoje dorosłe życie zawodowe, pracując tam nieprzerwanie przez 40 lat (1965–2005). W 1974 roku obronił doktorat, a dziesięć lat później habilitację. W późniejszych latach (2001–2005) dzielił się swoją wiedzą również w Wyższej Szkole Promocji w Warszawie, a od 2020 roku pełnił zaszczytną funkcję przewodniczącego rady Fundacji „Katedra Bogusława Wolniewicza”.
P.O. podkreśla, że jego wkład naukowy był nie do przecenienia, a najważniejsze dokonania obejmowały prekursorskie analizy trzech potężnych zjawisk: stalinizmu, okultyzmu oraz trybalizmu, co stanowiło jego wybitny wkład w teorię wspólnoty. Przez całe lata konsekwentnie rozprawiał się z pseudonauką i neookultyzmem w licznych artykułach publikowanych od lat siedemdziesiątych (m.in. w „Studiach Filozoficznych”). Największe triumfy intelektualne święcił we współpracy ze swoim mistrzem i przyjacielem, profesorem Bogusławem Wolniewiczem, z którym napisał takie fundamentalne pozycje jak „Ksenofobia i wspólnota” (2003) oraz „Trzy nurty: racjonalizm – antyracjonalizm – scjentyzm” (2006). Wydał również własną monografię „Kontrowersje wokół Plechanowa” (1990) oraz zajmował się przekładami z języka rosyjskiego, tłumacząc m.in. prace A. Poznera i A. Korszunowa.
Był na wskroś nieprzejednanym racjonalistą, który pod „galaretą wrażeń, mrzonek i paplania” potrafił zawsze dostrzec prawdziwy „kościec rzeczy”. Mimo tego surowego umysłu, w zdumiewająco piękny sposób potrafił godzić racjonalizm z uznaniem największych żywiołów natury ludzkiej, odnajdując harmonię wobec irracjonalności religii, miłości czy życiowej przypadkowości.
Krawiec antagonizmów, esteta i mistrz relacji
Profesor Musiał nienawidził językowej bylejakości, żargonu i nowomowy. Irytowało go akademickie sformułowanie „zarządzanie zasobami ludzkimi” – poświęcił mu nawet w 2003 roku osobny artykuł, w którym postulował używanie bardziej ludzkiego i naturalnego określenia „kierowanie zespołami osobowymi”. Brzydził się też codziennymi kalkami, jak „dostawać czy wysyłać maila”. Literacko uwielbiał prozę Antoniego Czechowa, Warłama Szałamowa i specyficzny styl Jerzego Waldorffa.
Dla swoich studentów i współpracowników był nieocenionym wsparciem. P.O. znał się z nim przez 40 lat – ich relacja przeszła niesamowitą ewolucję: od układu docent-student, przez promotora naukowego w latach 90., następnie mentora życiowego, aż po relację przyjaciela-mistrza w ostatniej dekadzie życia Profesora. Jako promotor bywał uszczypliwy i protekcjonalny, ale jednocześnie niezwykle szczodry – obdarowywał swojego ucznia gotowymi, perfekcyjnymi zdaniami i znosił nielubiany przez siebie „barok” stylistyczny wychowanka. Ostatnimi laty sukcesy naukowe ucznia cieszyły go niczym sukcesy własnego dziecka.
Był genialnym taktykiem w relacjach międzyludzkich. Znajomi znali go jako „złotoustego Homera czy Tetmajera”, uwielbiającego bywać w centrum towarzyskiej uwagi. Najpiękniej jednak określała go łatka „krawca antagonizmów” – mistrza harmonii, potrafiącego łączyć skłóconych ludzi. Kierując się maksymą, że „wielkość własna polega na uznawaniu wielkości innych”, działał jako samorodne spoiwo w zespołach ludzkich. To właśnie jego niesamowite umiejętności negocjacyjne uratowały formację Wolniewiczowską (będącą kontynuacją myśli Henryka Elzenberga) przed rozpadem.
Dusza myśliwego, królik Kicuś i dziedzictwo smaku
Akademicka kariera, wbrew pozorom, wcale nie stała w centrum jego serca. Zdecydowanie wyżej cenił sobie las i grono zaledwie kilku wybranych osób. Jego związek z naturą był wręcz mistyczny. Był zapalonym łowcą, dzierżącym tytuł myśliwego z najdłuższym stażem w Polsce – spędził na polowaniach aż 70 lat. Uważał, że łowiectwo to „wielka sztuka”, wprost wywodząca się z pradawnej groty Chauveta, ale jednocześnie podlegająca statystyce fizyki kwantowej – bo dla niego dziki i jelenie podlegały zjawiskom Kosmosu równym kwantom. Przez dekady spędził w lesie tysiące samotnych nocy i „pozyskał” równy tysiąc dzików.
Z tym groźnym wizerunkiem myśliwego pięknie kontrastowała jego miłość do drobnych stworzeń i prozaicznego życia. W ostatnich siedmiu latach dzielił domową przestrzeń z ukochanym królikiem Kicusiem, a na działce troskliwie doglądał karpi i jazi. W domowym zaciszu realizował się jako niezrównana „złota rączka”, ujarzmiająca metal szlifierką czy wiertarką z prawdziwie artystyczną finezją. Do legendy przeszły też jego umiejętności kulinarne – przyrządzana przez niego dziczyzna stanowiła absolutną chlubę stołu i na zawsze pozostanie symbolem „smaku życia”. Największą życiową opoką i miłością Profesora była jego żona, Danuta (z domu Sielanko), z którą tworzył duet silny, choć okraszony wzajemną ironią – patrząc na wspólne zdjęcie potrafił zażartować: „Wygląda, jakbyśmy się nawet lubili”.
Skowyt, triumf nad białaczką i ostatni śmiech
Końcowy etap życia Profesora Musiała to wstrząsające starcie tytanicznej siły woli z gasnącym ciałem. Przez kilkanaście lat zmagał się z licznymi chorobami, z których najbardziej wyniszczająca okazała się białaczka. Mając duszę myśliwego, który zdjąłby skórę z każdego zwierzęcia, z własnego ciała uwolnić się nie potrafił. Wybrał drogę radykalną i desperacką – postanowił białaczkę zagłodzić. Trwało to półtora miesiąca, a cel osiągnął na trzy dni przed swoimi 89. urodzinami, decydując się na ostateczny akt woli, by „nie trzeba mu było życzyć tego, czego pragnął”. Jak pisze P.O., przywołując słowa T.S. Eliota o końcu świata, śmierć ta dokonała się nie z trzaskiem, lecz ze „skowytem”, za którym wlecze się wstyd naszej cywilizacji, niepotrafiącej ulżyć w cierpieniu. Przez to wszystko przemawiał żal umierającego filozofa, który oburzał się, że „nawet Rzymianie Chrystusa ukrzyżowanego przebili włócznią”.
Ciało słabło, ale umysł pozostał iskrzący i fenomenalny aż do niemal samego końca. Jak sam Musiał mawiał, przytaczając słowa Waldorffa: „Pan Bóg starych ludzi wali w nogi albo w głowę, rzadko w jedno i drugie” – jemu los pogruchotał krew i kości, ale ocalił potężny intelekt. Jeszcze miesiąc przed odejściem rozprawiał o trudnych kwestiach metafizycznych bez cienia zaburzeń, a na krótko przed śmiercią z erudycją cytował Horacego w łacinie oraz Dostojewskiego po rosyjsku, by 7 lutego przekazać swojemu przyjacielowi najgłębsze tajemnice swojego życia. Ani na moment nie opuścił go czarny, iście angielski humor – zaledwie na kilka dni przed śmiercią, nie mogąc oddychać, dowcipkował: „Lekarze z psychiatrą chcą mnie skonsultować. […] Pewnie psychiatrze jest to potrzebne”.
Choć deklarował się jako niewierzący, całe życie przeżył w głębokim szacunku do wartości chrześcijańskich, nie wyobrażając sobie egzystencji w innej cywilizacji. Był człowiekiem żyjącym „po Bożemu”, wierzącym w ślepy Los, w którym ostatecznie widział najwyższą instancję, zrównując Los z Bogiem.
Znakomitym, ostatnim akordem tego barwnego życiorysu jest scena z ostatnich odwiedzin przyjaciół, kiedy to padło żartobliwe nawiązanie do panieńskiego nazwiska jego żony: „Życie to nie jest Sielanko, to raczej jest Musiał”. Filozof, z nieodłącznym błyskiem w oku, zdążył odparować z całą powagą i ironią zarazem: „Ważne, żeby nie zostawić po sobie jedynie kompostu”. I jak podsumowuje jego uczeń – kompostu nie zostawił, pozostawiając za to zasiany piękny, iście polski ogród pamięci.

Żródło grafiki:https://katedra.wolniewicz.org/2025/02/28/zmarl-prof-zbigniew-musial/

